| "Sake jest trendy" |
|
"Gazeta Wyborcza" z 2 lipca 2005
Issa (Kobayashi Yataro, 1763-1828), przekład M.B. Zapomnijcie o gejszach i samurajach. Manga to przeżytek, sushi jest passé! Proponuję nowy przebój sezonu: SAKE - szlachetne, japońskie wino ryżowe, które naprawdę nazywa się nihonshu (czyt. "nihonsiu", z miękkim "si"). Wszystko zaczęło się w ubiegłym stuleciu, kiedy mama wręczyła mi plecak, w którym miałem nosić do szkoły książki i zeszyty. - Będą się śmiać! - jęczałem. - Wszyscy mają teczki, plecak to obciach! Ale mama, w imię ochrony młodego kręgosłupa, była nieugięta. Pocieszała: - Zobaczysz, plecaki staną się kiedyś modne! Będziesz pierwszy, który tę modę zapoczątkował! Wiele lat później młodzież na ulicach Warszawy nosiła już tylko plecaki, a ja siedziałem w jakimś pubie w Ikebukuro (dziś bardzo trendy rejon Tokio) i spożywałem gorącą sake, w nadziei, że towarzysząca mi młoda dama zrobi rano jajecznicę z równą wprawą, z jaką nalewała parującą, przezroczystą ciecz do mojej czarki. Tak, jestem trendsetterem. Dlatego podjąłem się ryzykownej roli recenzenta książki Henryka Sochy "Sake - napój samurajów". Ryzykownej, bo o sake nie wiem absolutnie nic. Nie jestem w stanie stwierdzić, czy w zbadanie sięgającej III wieku historii tego trunku autor włożył tyle staranności, ile pasji i przekonania w opisywanie jego zalet. Nie wiem, czy skrupulatnie wyliczone rodzaje, gatunki i podgatunki sake wyczerpują sprawę. Nie umiem powiedzieć, na ile arcyciekawy rozdział o zwyczajach i rytuałach towarzyszących konsumpcji sake odzwierciedla japońską rzeczywistość. Zaraz, zaraz... O tym powinienem coś wiedzieć, bo mieszkałem w Japonii dziesięć lat, a spożyłem w tym czasie więcej litrów sake niż przeciętna Japonka zużywa wody do mycia naczyń (zmywarek tam jeszcze nie wynaleziono). Patrząc na książkę Sochy okiem gajdzina (nie wiecie, kto to? - przeczytajcie "Bezsenność w Tokio"), muszę jej zarzucić dwa niedopatrzenia. Primo: brak rozdziału o technikach leczenia kaca (zwłaszcza namazake jest niezwykle kacogenna). Secundo: część poświęcona temu, jak i z kim pić sake, nie wspomina o zaletach spożywania jej we dwoje, w wielkiej, japońskiej wannie. To trzeba przeżyć, aby zrozumieć. Ale nie czepiajmy się - autor zrobił kawał dobrej roboty. A najlepsze są zdjęcia - zrobione przez kogoś, kto ROZUMIE, jaka jest Japonia od środka. Na przykład zamek Gujo Hachiman (str. 110) sfotografowany poprzez gąszcz kabli elektrycznych. Tak wygląda Japonia! WSZĘDZIE są kable. Nic mnie tak nie drażni jak zdjęcia góry Fuji, na tle której nie ma ani drucika. Po prostu WIEM, że autor usunął go w Photoshopie. Gorąco polecam tę książkę jako fascynującą lekturę, przepiękny album, ale przede wszystkim jako podręcznik gajdziństwa stosowanego, pozycję obowiązkową na stoliku przed kanapą, gwarantującą podziw i zachwyt krewnych-i-znajomych Królika. Pozostaje zadumać się nad losem sake, która latami doznawała w Polsce okrutnych upokorzeń. Jej reputację zszargali importerzy, z uporem maniaka raczący nas japońskim odpowiednikiem wina "Uśmiech sołtysa". Trudno się dziwić, że po paru spotkaniach z takim "ryżolem" spisaliśmy sake na straty. Miejmy nadzieję, że książka Henryka Sochy zmieni ten stan rzeczy.
|














